Kiedyś naprawdę myślałam, że „ogarnięta kobieta” to taka, która zawsze ma świeżo umyte włosy, wyprasowaną koszulę, plan na życie do 2035 roku i perfekcyjnie wysprzątane mieszkanie – najlepiej z zapachem waniliowej świecy w tle.
Nie jestem tą kobietą. I co więcej – już nawet nie próbuję nią być.
Bo wiesz co? Perfekcja to jedna z tych rzeczy, które wyglądają dobrze na Instagramie, ale w prawdziwym życiu… potrafią być okrutnie męczące.
Zamiast perfekcji – wybieram prawdę
Zdarza mi się coś zapomnieć, zjeść pizzę w łóżku i zasnąć w połowie filmu, który ja sama wybrałam.
I nie czuję się z tego powodu gorsza.
Bo każda z nas ma prawo być czasem zmęczona, niedoskonała, pogubiona. Nie jesteśmy stworzone, by każdego dnia dawać z siebie 200 procent. Czasem 60 proc. to naprawdę wszystko, co mamy – i to też jest w porządku.
Perfekcja nie buduje więzi
Zauważyłaś, że najbliżej jest nam do ludzi, którzy też pokazują swoje pęknięcia? Nie do tych, którzy zawsze mają odpowiedź na wszystko i idealnie zawiązany szalik. Tylko do tych, którzy czasem się potkną, poproszą o pomoc, powiedzą: „Nie ogarniam, ale próbuję.” Skąd taki sukces Dzienników Bridget Jones?
Co zamiast perfekcji?
– Autentyczność.
– Uśmiech, który nie musi być „fotogeniczny”.
– Czułość dla siebie samej, nawet wtedy, gdy dzień poszedł zupełnie nie tak.
– I świadomość, że nasza wartość nie zależy od tego, jak dobrze potrafimy udawać, że wszystko mamy pod kontrolą.
Więc jeśli dziś też masz dzień, w którym nie wszystko wyszło tak, jak chciałaś – to nic. Oddychaj. Usiądź. Zrób herbatę. I przypomnij sobie:
Nie muszę być perfekcyjna.
Muszę być sobą.